Pomysł wspólnego wypadu na weekend w Kotlinę Kłodzką (ja, Janusz i Jarek) urodził się w naszych umysłach, podczas jakiś rozmów przy piwku. Wtedy jako pierwsza pojawiła się, propozycja wyjazdu w okolice Pradziada. Ale pomysł upadł ze względu na stopień trudności  tras w tym rejonie. Stanęło więc na ‚łagodniejszej’ Kotlinie Kłodzkiej, w której zresztą nas jeszcze nigdy nie było..

Wyjazd zaplanowany w piątek zaczął się od pewnych problemów. Awaria górnego zamka w drzwiach mojego domu, uwięziła mnie w nim na pewien czas. Dobrze że przybył rycerz na białym koniu i uwolnił mnie z opresji. Ale to już opowieść na inny czas. Ważne że mogliśmy wyruszyć w drogę. Bez żadnych dalszych niespodzianek w okolicach godziny 17 dotarliśmy na miejsce.

Zatrzymaliśmy się w „Agroturystyce na granicy”w Mostowicach, warunki noclegowe były bardzo dobre.Wieczór upłynął pod znakiem alkoholu i limonki, więc poranek był bardzo ciężki dla naszych organizmów. Jak się później okazało poranny kac miał też swoje dalsze konsekwencje podczas  tej wyprawy.

Podjechaliśmy na pierwszy szczyt (najbardziej morderczy zarazem) – Peticesti. Nie odbyło się to bez problemów. 2 Pit stopy na życzenie Jarka i leczenie Apapem bólu mojej głowy. Dobrze że Janusz zaopatrzył się w ten lek przed wyjazdem. Później już było łagodniej, bez długich, wielokilometrowych podjazdów.

W Pastvinach nadszedł czas na długo wyczekiwany browar. Na Naszych ciężkich kuflach widniał napis ‚jizda na kole NEALKO’. Wyglądały na tyle fajnie że po negocjacjach z kelnerką kupiłem jedna sztukę na pamiątkę. Po nawodnieniu organizmów docieramy do tamy. Plan zakładał przejazd (podjazd) terenowym żółtym szlakiem z Pastvin do Petrovic. Później śródsudecką przez Czihak prosto na granicę.

Plan został wykonany, jednak tylko do punktu ‚Petrovice’. Później za szybko podjąłem decyzje o skręceniu w lewo. I po pięknym, lecz nie planowanym zjeździe znaleźliśmy się w Klastercu, 3km od Pastvin.. W tym momencie Jarek ostrzegł, że przejechane kilometry i  wczorajszy hulaszczy tryb życia doprowadził go do tzw. bomby kolarskiej. Czyli całkowitemu spadku morale i mocy do dalszej jazdy. Do tego doszło odwodnienie organizmu z powodu braku płynów w naszych bidonach.

Podjazd z powrotem więc nie wchodził raczej w grę. Zwłaszcza że przed pomyłką obiecałem chłopakom że do domu będzie już tylko po równym lub z górki. Więc drogą okrężną dotarliśmy do Niemojowa. Następnie zostawiliśmy wycieńczonego Jarka żeby dotrzeć szybko śródsudecką do domu i wrócić po niego samochodem.

Po zabraniu dokumentów i browarka wyruszyłem Rumunem na poszukiwanie Jarka. Odnalazłem go bardzo szybko, bo jakimiś nadludzkimi siłami pedałował w kierunku domu. Jednak gdy przyjął przywiezione przeze mnie piwo. Końcowy odcinek przejechał niczym nowo narodzony z prędkością ponaddźwiękową. I tu potwierdziły się lecznicze właściwości jasnego z pianką. Tym optymistycznym akcentem ‚supergiga’ maraton został zakończony. Wszyscy uczestnicy trasę przejechali o własnych siłach i na pewno nie był to ostatni nasz wypad w góry.


Mostowice -> Orlicke Zahori -> /zielony mtb/ -> szczyt Peticesti -> /czerwony mtb/ -> ‚pod Homoli’ -> /żółty mtb/ -> ‚Pod Czertovym dolem’ -> Ricky -> Horni Rokytnice -> Panske Pole -> /czerwony szlak bunkrów/ -> /żółty/ -> Klaszterec nad Orlici -> Pastviny -> tama -> Pastviny -> /żółty mtb/ -> Czeske Petrovice -> /piękny zjazd/ -> Klaszterec nad Orlici -> /żółty/ -> Bartoszovice v Orl. horah -> Niemojów -> Poniatów -> Rudawa -> Mostowice

Aktualizacja wpisu

Ten wyjazd i pomyłka w nawigacji do dnia dzisiejszego ciągną się za mną na każdym nowym wypadzie rowerowym. Kumple zawsze podejrzliwie podchodzą do moich pomysłów, kiedy proponuje, że można jakiś odcinek przejechać skrótem który odnalazłem na mapie.

cóż.. taka karma

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*